Historia praskich rodów

Rodzina Kotulińskich


W drugiej połowie XIX w. Królestwo Polskie pokrywało się coraz gęstszą siecią dróg żelaznych. Epokowy wynalazek Jerzego Stephensona nie ominął również Pragi. Kolej stała się szybko bardzo ważnym czynnikiem rozwoju dzielnicy. W 1862 r. przekazano do użytku publicznego linię petersbursko - warszawską, a w 1867 - warszawsko - terespolską. W 1874 zbudowano kolej nadwiślańską. Wkrótce most kolejowy połączył drogę żelazną wiedeńską na lewym brzegu Wisły z trzema drogami żelaznymi na prawym brzegu. Wraz z rozbudową kolei wzrosła liczba personelu kolejowego. Chcemy dziś opowiedzieć o rodzinie, której losy wiążą się z praską koleją.

Rodzina Kotulińskich pochodzi ze Śląska, z miejscowości Kotulin. Początki jej sięgają XVI w. Ślady rodu, posługującego się herbem Odrowąż, odnajdujemy w XVII stuleciu w archiwach miasta Czechowice - Dziedzice, których właścicielem został w 1675 r. Fryderyk Aleksander Kotuliński z Kotulina. Wiadomo, że ta dość zamożna rodzina przeniosła się w XVIII w. do Warszawy. Nie będziemy jednak sięgać do aż tak odległej przeszłości. Skupimy naszą uwagę na końcu XIX stulecia i opowiemy dzieje dwóch braci, których burzliwe losy przywiodły na prawą stronę Wisły.

Kazimierz Kotuliński miał dwóch synów, Erazma i Leona. Starszy, Erazm Jan Kotuliński urodził się w 1886 r. Niedługo po skończeniu 20 lat został powołany do armii rosyjskiej. Taki los czekał większość młodych Polaków z zaboru rosyjskiego. Erazm miał o tyle szczęście, że był wysokim, przystojnym mężczyzną, dostał się więc do reprezentacyjnej jednostki, Gwardii Carskiej. Mimo to myślał o ucieczce. Zachował się list Erazma z 14 kwietnia 1909 r. nadany w Moskwie, w którym pisze o obiecanym urlopie i planowanym spotkaniu z rodziną. Młodszy brat, Leon urodził się w 1888 r. Miał 17 lat, kiedy fala protestów Rewolucji 1905 r. ogarnęła kraj. Leon brał udział w strajku szkolnym, za co został wyrzucony z gimnazjum z tzw. wilczym biletem. Nie mógł już uczęszczać do szkoły, poszedł więc do pracy na kolei. Jednocześnie założył koło naukowe, które skupiało młodzież w podobnej sytuacji, a miało na celu samokształcenie. W lutym 1914 r. ożenił się z Anną Eulalią z Wasińskich. Niedługo jednak cieszył się szczęściem młodego małżonka.

Strzały oddane 28 czerwca 1914 r. w Sarajewie przez bośniackiego studenta Gawriła Principa do austriackiego następcy tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda spowodowały wybuch I wojny światowej. Na ziemiach polskich rozpoczęła się ona 1 sierpnia 1914 r. działaniami, w których po jednej stronie występowały Niemcy (od 6 sierpnia również Austria), po drugiej zaś Rosja. Centralne rejony stały się areną walk na przesuwających się liniach frontu. Pod naporem Niemców Rosjanie musieli ustąpić na wschód. Wojska rosyjskie, wycofując się z Warszawy i Królestwa ewakuowały wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie gospodarcze i dało się wywieźć, również tabor kolejowy. Rząd carski przeprowadził militaryzację kolei. Wielotysięczna rzesza kolejarzy potrzebna była do przewozów wojsk, transportów broni, amunicji i innego sprzętu bojowego.

Nagła, pospieszna mobilizacja zaskoczyła Leona Kotulińskiego. Wraz ze sprzętem i innymi pracownikami kolei musiał wyjechać do Rosji. Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążył się nawet pożegnać z bliskimi. Zachował się list Leona do matki i siostry, wysłany z Siedlec, w którym ogromnie niepokoi się o los rodziny i o to, czy się jeszcze zobaczą.

„Kochana Matko i Siostro!

Spieszę donieść, że jestem zdrów i szczęśliwie wydostałem się z Warszawy. Sądziłem, że się jeszcze z Wami przed odjazdem będę widział, ale stało się inaczej. Byłem i jestem ciągle niespokojny, co się z wami dzieje, lecz przypuszczam, że nic się Wam złego nie stało, co daj Boże.[...]

Żegnaj droga Matko na krótki czas, bo mam nadzieję, że zobaczymy się niedługo. I Ty, siostro żegnaj, choć listownie, bo nie przypuszczałem, że nie pożegnam się. Tak szybko to wszystko nastąpiło[...]."

Na szczęście niedługo po tej ewakuacji żona Anna pojechała w ślad za nim. Spędzili w Rosji 4 lata. Szczęśliwie przeżyli straszny czas Rewolucji Październikowej, choć zdarzały się też dramatyczne momenty. Pewnego razu Leon posądzony został o zabicie miejscowego komisarza, którego faktycznie ktoś zastrzelił w jakiejś sprzeczce. Już chciano „Polaczka” bez sądu rozstrzelać. W ostatniej chwili ktoś zaświadczył, że nie jest winien. Kotulińscy uciekli na południe. Przez Charków przedostali się na Krym. Przez jakiś czas przebywali w Odessie, a następnie przez Kijów wrócili do Polski. Wiedzieli, że w kraju wyniszczonym wojną panuje straszna bieda. Podróżując w towarowym wagonie wieźli mąkę, kaszę, słoninę a nawet kury. Przyjechali 25 sierpnia1918 roku. Zamieszkali w domu Wasińskich na Nowym Mieście. Leon Kotuliński znów zaczął pracować na kolei, teraz już w dyrekcji PKP w niepodległej Polsce.

Tymczasem bratu rzeczywiście udało się uciec z armii carskiej, kiedy korzystając z urlopu przyjechał do domu w 1910 r. Przedostał się do Pragi czeskiej, gdzie mieszkała ciotka, przyrodnia siostra matki. Wraz z ciotecznym bratem wyjechał do Stanów Zjednoczonych, do rodziny, która wyemigrowała do USA w 1896 r. i mieszkała w stanie New Jersey. Poznał tam swoją przyszłą żonę, Marię Sabinę z Daneckich. Ślub wzięli w 1911 r.

Erazm był niespokojnym duchem. Postanowił wyjechać do Kalifornii szukać złota. Zakupił tam tereny złotodajne. Niestety, nic nie znalazł, a tylko stracił oszczędności. Wrócił więc do New Jersey. Za pożyczone pieniądze wydzierżawił farmę rolniczo - hodowlaną w miejscowości Beskin Ridge. Uprawiał kukurydzę i ziemniaki. Miał też sad brzoskwiniowy. Na farmie było kilkanaście krów i świnie. W 1915 r. Marii i Erazmowi Kotulińskim urodziła się córka Elżbieta. To ona właśnie wspomina szczęśliwe lata swojego dzieciństwa, spędzonego w Beskin Ridge. Podkreśla wysoką kulturę rolniczą i świetną organizację na farmie. Powszechnie używano tam maszyn rolniczych, takich jak kosiarka czy maszyna do sadzenia ziemniaków. Kukurydzę kiszono w specjalnych silosach. Elżbieta pamięta, jak codziennie rano przyjeżdżał samochód po odbiór mleka. Inwentarz otoczony był stałą opieką weterynaryjną. Raz w miesiącu przyjeżdżał lekarz i badał krowy.

Mimo tak dobrze prosperującego gospodarstwa i szczęśliwego życia rodzinnego Erazm tęsknił za Polską. Wbrew ostrzeżeniom i mimo obaw żony, sprzedał wszystko, co miał i w styczniu 1922 r. Kotulińscy wrócili do Polski. Sytuacja, którą zastali, nie napawała optymizmem. W porównaniu z Ameryką, zniszczona wojną i działaniami zaborców Polska była zacofana i biedna. Panowała straszna dewaluacja i bezrobocie. Żona Erazma chciała wracać do Stanów, coraz bardziej zapadała na zdrowiu. Latem wyjechała z córką Elżbietą do Zakopanego. Jej stan zdrowia się pogorszył, oddała więc córkę na wychowanie Annie i Leonowi. W grudniu 1922 r. zmarła na gruźlicę. Erazm za pieniądze zarobione w Ameryce kupił niewielki folwark w Koniku pod Warszawą. Nie zdążył jednak długo na nim gospodarować, bo w styczniu 1925 r. zmarł.

Dziesięcioletnia wówczas Elżbieta zamieszkała z wujkiem i ciocią na Nowym Mieście. Leon Kotuliński nadal pracował w dyrekcji kolei. Odznaczał się sumiennością w pracy zawodowej i angażował się w działalność społeczną, np. dawał dodatkowe składy pociągów ojcom franciszkanom z Zakroczymskiej na pielgrzymki do Częstochowy. W 1926 r. w czasie przewrotu majowego przysłużył się marszałkowi Piłsudskiemu. Kiedy dowiedział się, że Dywizja Poznańska jedzie na pomoc prezydentowi Wojciechowskiemu, zarządził ustawienie na torach dwóch parowozów i w ten sposób zablokował linię, uniemożliwiając przejazd wojska.

W 1928 r. zaczęto budowę nowego gmachu dyrekcji warszawskiej PKP, przy ul. Wileńskiej. W tym czasie PKP były jednym z największych i najlepiej zarządzanych przedsiębiorstw państwowych: zatrudniały ponad 214 tys. pracowników, eksploatowały 17 tys. km linii normalnotorowych 5 tysięcy parowozów, 10 tysięcy wagonów osobowych i 140 tysięcy wagonów towarowych. Nadwyżka dochodów nad wydatkami sięgała stu milionów złotych. Te wyniki gospodarcze zmniejszyły się w dobie kryzysu, ale właśnie w 1930 r. zdołano ukończyć budowę reprezentacyjnego, monumentalnego gmachu. Autorem projektu w stylu modernistycznym, nawiązującym do form klasycystycznych, był architekt Marian Lalewicz. Pozostały po nim w Warszawie jeszcze inne budowle, m. n. gmach Banku Rolnego przy ul. Nowogrodzkiej czy Instytutu Geologicznego przy Rakowieckiej.

Dyrekcja kolei ulokowała się w nowej siedzibie. W związku ze zmianą miejsca pracy Kotulińscy wraz z bratanicą przenieśli się na Pragę. Kupili mieszkanie na Stalowej. Było to ładne dwupokojowe mieszkanie z kuchnią i balkonem oraz WC, urządzonym oddzielnie w przedpokoju. W tym miejscu rodzina mieszkała prawie do wybuchu II wojny światowej. Elżbieta Kotulińska dojeżdżała do szkoły pani Chełmońskiej na ulicę Czackiego, a później do Gimnazjum im. Konopnickiej przy ul. św. Barbary. 17 września 1938 r. w kościele pod wezwaniem Matki Boskiej Loretańskiej przy ul. Ratuszowej odbył się jej ślub z prawnikiem Janem Bartczykiem. Młodzi zamieszkali w Koniku, folwarku kupionym przez Erazma Kotulińskiego po powrocie ze Stanów Zjednoczonych. Tam też w następnym roku urodziła się ich córka Anna. Wkrótce po wybuchu wojny w 1939 r. do Konika przenieśli się też Leon i Anna Kotulińscy i tam cała rodzina bezpiecznie przeżyła okupację niemiecką oraz Powstanie Warszawskie. W październiku 1944 r. Leon Kotuliński wrócił na Pragę, zajętą przez wojska radzieckie. Gmach Dyrekcji Okręgowej KP ocalał, choć ciągle był pod ostrzałem artyleryjskim zza Wisły. W 1945 r. gmach stał się siedzibą ówczesnego rządu i władz miejskich. Z czasem ministerstwa przeniosły się na lewy brzeg, a budynek Lalewicza powrócił do swojego dawnego właściciela.

Leon Kotuliński przepracował w Polskich Kolejach Państwowych 50 lat. Przeszedł na emeryturę w 1957 roku. Zmarł w 1966 r. i pochowany został na Powązkach. Jesienią 1945 r. Elżbieta i Jan Bartczykowie zamieszkali w Sulejówku. Pani Elżbieta mieszka tam do dzisiaj przechowując pamiątki rodzinne. To dzięki niej mogliśmy poznać burzliwe dzieje rodu Kotulińskich. Urodzona w Stanach Zjednoczonych, po przyjeździe do Polski, musiała przywyknąć do panujących tu warunków. Wcześnie straciła rodziców, ale nigdy nie poddała się złemu losowi. Pokochała Warszawę, była świadkiem wielu interesujących zdarzeń. Jest skarbnicą wiedzy nie tylko o losach swojej rodziny, ale i o niełatwych czasach, w której przyszło jej żyć.

Joanna Kiwilszo

 Zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodzinnych pani Elżbiety Bartczyk.

 Skanowanie i obróbka komputerowa zdjęć - Roman Barczyk